|
26 lipca b.r. gdy pewna starsza kobieta przyjechała na imieniny swojego zięcia w okolice Lublina.
Pomyślała, że nie będzie zostawiać swojego psa samego w domu. Mała czarna kulka, z przebłyskami siwizny, gdyż lata robią swoje, została umieszczona w samochodzie. Gdy dwie "staruszki" zawitały pod bramę domu, a drzwi samochodu się otworzyły, Majka (bowiem tak się nazywa pies) wyskoczyła i zaczęła pędzić w nieznane niczym wiatr. Nie mając orientacji w terenie, gdyż na tym osiedlu była po raz pierwszy, skierowała się w stronę pobliskich łąk i bagien. Córka właścicielki wraz ze swoją sąsiadką niemal codziennie przeczesywały możliwe miejsce pobytu Majki. Także wiele osób ją szukało, lecz z żadnym skutkiem. Po ponad półtoramiesięcznym milczeniu doszła wiadomość, że widziano ją w miejscowości oddalonej o kilka kilometrów. Od nowa rozpoczęły się poszukiwania. Po ponownym rozwieszeniu ogłoszeń odezwał się telefon od młodych dziewcząt, które w przydrożnym rowie ujrzały małego psa. Po szybkiej interwencji okazało się, że to właśnie Majka. Była w bardzo złym stanie, wychudzona z chorobą kleszczową. Po kilku dniach kroplówek, zastrzyków i leżeniu w ciepłym kocyku doszła do siebie. Teraz jest cała i zdrowa i czeka na podróż powrotną do domu do stęsknionej właścicielki. Cuda czasem się zdarzają. Mały, stary "kanapowiec" przeżył prawdziwą szkołę przetrwania.
Pozdrawiam Izabela P. |